poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Test szamponów z SLS, miesiąc bez odżywek i powrót do włosomaniactwa.

Ostatni tydzień nie należał do dobrych.
Wiele stresu, utrata bliskiej osoby, choroba.
Zaniedbałam Was, nie odpowiadałam na komentarze, nie pisałam nic sensownego.
Lepiej nie pisać wcale, niż bez ładu i składu.
Dlatego z dzisiejszego posta też chciałam zrezygnować, ale nie...zaparłam się.
Poza tym, nie będę kryła, że Wasza obecność w moim życiu gra ważną rolę, a w chwilach smutku i przygnębienia kontakt z innymi jest mi jeszcze mocniej potrzebny.
Nie chcę się dzisiaj brać za poważne tematy, ponieważ bardzo boli mnie głowa przez te wszystkie emocje.



Tematem, z którym czaję się już jakiś czas, są włosy.
Tak, znowu.

Pod koniec lutego rzuciłam w cholerę to całe włosomaniactwo, ścięłam włosy i skupiłam się na innych rzeczach.
Wyeliminowałam dwa czynniki nie pozwalające mi cieszyć się zdrową czupryną.
Pierwszy-farbowanie (w sumie to rozjaśnianie, brr!)
Drugi-wyrywanie.
Myślałam, że wyeliminowanie dwóch niszczących włosy czynników będzie wystarczające.
No niestety, nie było.
Dodatkowo, zachciało mi się eksperymentów.
Tym razem nie  z kolorami, nie z nożyczkami, ale z szamponami.
Kupiłam kilka szamponów i odżywek, które zawsze wpadały mi w oko będąc w drogeriach.
Wszystkie zawierały SLS, na który jest fala hejtu wśród początkujących włosomaniaczek.
Mnie tam SLS nigdy nie raził w oczy, ani we włosy, także postanowiłam poszukać pozytywów w używaniu normalnych szamponów, zamiast płynu Facelle.

Dlaczego zrezygnowałam z Facelle?
Ten płyn okazał się być genialnym płynem do demakijażu, dlatego żal mi go było używać na włosy, czy nawet do ciała, kiedy mogłam użyć całość jako żel do zmywania makijażu.
Poza tym-używanie tego żelu codziennie przez kilka miesięcy  spowodowało, że mój skalp był napięty, mimo używania innych kosmetyków i oczyszczania głowy innym szamponem raz na tydzień.

Jakie inne szampony wybrałam do testowania?
Przeważnie kierowałam się ceną i wyglądem opakowania.
Opakowanie i dobre opinie w internecie przyciągnęły mnie do płynu Fresh it up! Schaumy, reszta szamponów to raczej kwestia wybrania nadprogramowego kosmetyku podczas zakupów.

Aby test szamponów miał większy sens-zrezygnowałam z odżywek i masek.
Jedyną czynnością jaką robiłam odruchowo co kilka dni było olejowanie, choć i to ograniczyłam.
Można powiedzieć, że celowo wystawiłam swoje pióra na zniszczenie, ale zwyczajnie byłam ciekawa, co się z nimi stanie, gdy przestanę o nie dbać.

Początek:
Najpierw chwyciłam po szampon Syoss Repair.
Moje włosy wyglądały super i świetnie się rozczesywały mimo braku odżywki.
Początkowo byłam tym szamponem zachwycona, wiem, że będzie mnie on w przyszłości kusił...
Szampon był dosyć wydajny, nie przyczynił się do zniszczeń włosów.
Po ponad 2 tygodniach stosowania Syossa codziennie, przerzuciłam się na Schaumę.
Najpierw wersja 'z olejkami'.
Szampon miał niezbyt przyjemny na dłuższą metę zapach, wysuszał włosy, nie dało się ich rozczesać bez  szarpania, lub ratowania się serum wygładzającym.Szampon stoi do dzisiaj na półce nie dokończony.
Fuj!
Drugą Schaumą jaką testowałam było cudownie pachnące Fresh it up!.
Szampon był wydajny, pachniał bosko, dobrze się pienił i  świetnie radził sobie z olejkami.
Włosy były widocznie świeże dzień po myciu, ale ja i tak z przyzwyczajenia myłam je codziennie.
Ten szampon polecam osobom z problemem przetłuszczających się szybko włosów.
Jednak po prawie miesiącu bez odżywek i masek, mój skalp zaczął się przesuszać, a 'faktyczny stan' włosów mogłabym przyrównać do...hmm, biorąc pod uwagę mój kolor...przesuszonej, starej trawy.
Włosy po osuszeniu ręcznikiem wyglądały jak kompostownik.Dosłownie.
W czasie tego całego testowania nie poprawiałam koloru, także 'cudowny' seledyn zagościł na głowie.
Powoli miałam tego dosyć.
Ostatnim szamponem, jaki totalnie zrobił mi krzywdę, był szampon ziołowy, z czarnej rzepy.
Szampon świetny do oczyszczenia włosów raz na kiedyś, ale nie do użytku bez odżywki.
Skóra głowy zaczęła mi się łuszczyć, uśnięcie było niemożliwe, bo tak mnie swędziała.



Fin.
Koniec.
Ja podziękuję za swoje eksperymenty.
Teraz?
Wracam z podkulonym ogonem do świadomej pielęgnacji, tyle, że w wersji totalnie okrojonej i bez tracenia głowy.
I tak mam zamiar zostać przy krótkich włosach, więc moim aktualnym celem jest doprowadzenie kompostownika do porządku, tak, by nie wpływał źle na moje cudowne, mięciutkie, lśniące-blond odrosty.

Aktualny plan pielęgnacji-reanimacji.
Klasyka tematu-Szampon Babydream z lwem (tak, to ten, co nie plącze włosów)
Płyn Facelle raz na jakiś czas, a do głębokiego oczyszczenia włosów szampon pokrzywowy raz na tydzień.
Dodatkowo kolejny klasyk, jakim jest Kallos, aktualnie stosuję go jako maskę, ale i jako odżywkę na 3min po każdym myciu.
Olejki bez zmian-Alterra i łopian, raz na kiedyś kokosowy, bo moje naturalki go nawet lubią.
+Raz na jakiś czas, ja mi się zachce, robię maseczki domowej roboty.
++Dalej jestem na odwyku od rozjaśniacza, oraz niszczenia włosów.

Macie jakiś swój ulubiony kosmetyk?
Szampon, maska?
Piszcie! ;)

1 komentarz:

  1. Masakra eksperyment. Podejrzewam,że ja z moimi słabymi włosami po takim katowaniu slsami byłabym łysa :) Więc Twój kompostownik to nic :))) Bardzo lubię maski Biovax.

    OdpowiedzUsuń

***Dziękuję za odwiedziny,mam nadzieję,że jeszcze tu zajrzysz! ;)
Chcesz,abym napisała post o czymś,co Cie interesuje-daj znać!***

Weryfikacja obrazkowa wyłączona.
Komentujesz=motywujesz