piątek, 26 lutego 2016

A miałam być 'fashion' i nie pisać,smutnych rzeczy.


Jako, że swoje codzienne życie traktuję jak tryb automatyczny, czyli wstać->przetrwać, mam wkodowane kilka szablonów.

Określam je zazwyczaj dopiero wówczas, gdy powtarzają się one wiele razy w danym momencie w roku.
To coś takiego, jak było kiedyś w telefonach-tryb normalny, cichy, samolotowy itd.
Tyle, że ja nie mam wbudowanego samolotowego, także trochę, cholerka, słabo.
Panicznie się boję lecieć samolotem.Wiecie, śmierć czyha wszędzie, jak nie nowotwory, to katastrofy, a ja bym jednak chciała jeszcze trochę pożyć.Ciekawe z jakiego powodu umrę, to tak btw.
Wracając do tematu.
Pod koniec zeszłego roku wpadłam w błędne koło wyniszczania samej siebie, ofc bez użycia środków odurzających, chyba, że własne myśli i wpadanie w panikę tysiąc razy dziennie mogę tak nazwać.
Zmiany w moim zachowaniu dały się odczuć moim współpracownikom, oraz osobom, które przebywają ze mną w takie właśnie dni, gdzie używany jest 'szablon'
Do czego zmierzam?
Dziś miałam dzień, podczas którego jakieś pięć razy zadałam sobie pytanie "po co?" chwytając za jakiś przedmiot, lub podejmując jakieś działanie.Robiłam sobie na złość.
Mimo, że mój spadek formy minął wraz z poprzednim rokiem, a szablon został zmieniony na tzw nijaki stan zawieszenia między zimową pluchą, a wiosennym rozanieleniem, dzisiaj od pierwszych chwil po obudzeniu "Zima" próbowała wziąć górę nad moim dniem.
Obudziłam się w stu procentach wyspana o 7:30, choć wstać miałam o ósmej.
Co zrobiłam?Leżałam do 8:15, żeby później się wkurzać, że nie dam rady, że nie dojadę, a w sumie-może powinnam się dzisiaj zwolnić?O tak!I pospać do 13, po czym nie robić nic cały dzień, mhmm.
Zrobiłam sobie na złość.
Później jednak ogarnęłam stery nad rozumem i przytomnie poprosiłam rodzicielkę o zrobienie kanapek do pracy (i podwiezienie mnie do roboty), mając perspektywę spędzenia tam ośmiu godzin.Nie zdecydowałam się na głodówkę z byle powodu, który w sumie nie istnieje.
Później jednak wróciła "Zima" i stary, klasyczny motyw rzucania sobie przeszkód pod nogi.
A raczej powodów do marudzenia, a nie prawdziwych przeszkód.
Wygrzebałam z szafy paskudne dresowe leginsy, całe zmechacone, grube, opadające z tyłka i opinające bęc, oraz luźną koszulkę mojego lubego, czyli zestaw, który w okresie 'bulu' i 'rzalu' zwykłam nosić nagminnie.
Zrobiłam sobie na złość.
Nawet robiąc makijaż zamiast użyć wygodnej gąbki do szpachlowania pyszczka stwierdziłam, że w sumie chuj z tym i napaćkałam sobie tapetę łapkami, co wiadomo...dało efekt budyniu na twarzy.
Czemu, po co, whyyyyy Molly, whyyyy.
Znowu.Zrobiłam sobie na złość.
Wychodząc z domu chwyciłam za bluzę mojego lubego, której nie lubię.Tu na szczęście się opamiętałam, puknęłam w pusty łeb i wymieniłam ją na ulubiony sweter.
Nie wiem jakim cudem wstałam tak smutno zaprogramowana, czemu znowu na każde ukłucie w cycku reaguję "olaboga, umrę", oraz czemu po raz pierwszy udało mi się połapać co jest grane i nie wpaść w wir marudzenia, sapania, klęcia pod nosem, oraz wkurwiania wszystkich w okolicy,
Udało mi się bezmyślnie przesiedzieć osiem godzin w pracy.Bezmyślnie-prywatnie.Bo na szczęście u mnie w pracy nie da się siedzieć niczym zombie z wyłączonym mózgiem.Na szczęście, bo bym się zanudziła i zamartwiła wszystkim i niczym.A poza tym nie za to mi płacą.
A tak słucham sobie różnych ludzi z różnych miast z różnymi kłopotami, niczym jakiś specjalista i nie mam chwili, by myśleć o sobie.Hitem dzisiejszej zmiany była pani, która nie wiedziała, że ma w dowodzie osobistym numer pesel i przez przeszło dziesięć minut szukała go uparcie w innych dokumentach wszelakiego rodzaju.
Tak czy siak, bardzo mocno się zastanawiam dlaczego dzisiaj wstałam lewą nogą i znowu wpadłam na genialne pomysły mające utrudnić mi dzień.Bez sensu.Mam złe odruchy podczas działania "Zimy".
Ale teraz jest cudownie.
Zmyłam sobie budyń z twarzy, ubrałam się w piżamkę, odpaliłam Aerosmith i moim jedynym bieżącym problemem jest zdecydowanie, czy bardziej chcę grać w simsy, czy w wowa.
Mam nadzieję, że nadchodząca noc minie mi na śnie, a nie oglądaniu wszystkich ślubów Wiśniewskiego i rozkminianiu nad znaczeniem i wartością przysięgi małżeńskiej, oraz, że nie stracę nadziei na piękny ślub z miłości i nie dam sobie wmówić, że ślub to kwestia przyziemna, oklepana, do odbębnienia i napełnienia brzuszków rodziny rosołem w rytmie disco-polo oczywiście.
O, i mam nadzieję, że miłość i spełnianie jej przykazań nie będą traktowane jako naiwność i masochizm.Choć w moim wypadku i z moim gówno-kogo-obchodzącym doświadczeniem w tej kwestii-może być różnie.


2 komentarze:

  1. Powinnaś napisać książkę, taką bardzo psychologiczną. Żeby wszystkim szczeny opadły aż do podłogi. Ubustwiam twojego bloga za właśnie takie posty, takie szczere, z życia wzięte, bez zbędnego marudzenia.A twoja książka zrobiłaby furorę!!!
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie byłam zadowolona z tego tekstu nic a nic.
      Był on sztuczny, pozbawiony flow, pompowany chęcią wywalenia na zewnątrz emocji.
      Twoje słowa są cholernie budujące, właśnie dla takich komentarzy to wszystko jest tu gdzie jest.
      Dziękuję. :)

      Usuń

***Dziękuję za odwiedziny,mam nadzieję,że jeszcze tu zajrzysz! ;)
Chcesz,abym napisała post o czymś,co Cie interesuje-daj znać!***

Weryfikacja obrazkowa wyłączona.
Komentujesz=motywujesz