sobota, 27 lutego 2016

Sobotnia klasyka. ( i znowu nic o modzie)


Dziwne to wszystko.
Wstałam dopiero o piętnastej, zapaliłam sobie kokosowe kadzidło, sprzątnęłam cały pokój.
Mycie podłóg, wywalenie połowy mebli z pomieszczenia, czyszczenie lustra, sprzątanie półek.
A bo co, bo skoro pół dnia przebimbałam, to aby nie czuć się leniem śmierdzącym ruszyłam tyłek.
Powstrzymałam się, nie zamówiłam pizzy.Ale ciągle o tym myślę.To jest straszne, bo jak ją zamówię, będę bardzo happy, po czym za kilka minut poczuję cholerne wyrzuty sumienia.
Bo do lata kilka chwil, a ja z moimi rozstępami i grubym brzuchem wpierdalam pizze.
I to za hajs rodziców.Tfu, rodzicielki.
Przebrałam się w moje ciuchy treningowe, wysmarowałam oliwką, wcześniej wzięłam kąpiel, w sumie tylko po to, by przetestować nowy szampon-kolejny na porost włosów.
Nigdy chyba nie skończę się łudzić, że moje włosy odrosną.
Cieszę się z każdego blond-milimetra na mojej głowie, choć zaraz biegnę do drogerii po czarną farbę.
Niech kolor moich włosów pasuje do koloru duszy.

Mam nadzieję, że nie bierzesz tego ostatniego zdania na poważnie, bo jest ono chyba równie pozerskie i śmieszne, co "nothing seems so dark like a broken heart", a ja tak po prostu lubię się śmiać z najmocniej oklepanych etykietek doczepianych do szufladek, do których chcąc nie chcąc-należę.
Choć w zasadzie-im bardziej i mocniej myślę zasadami "nie mogę, bo będę wyglądać jak..." i "muszę to zrobić/kupić, bo inaczej..." tym bardziej czuję, że nie pasuję do danej szufladki, a w dodatku czuję, że mam mentalnie szesnaście lat w takiej chwili i łapię się na waleniu szydery z samej siebie.
A jak już kiedyś pisałam, moje szydzenie z samej siebie przeszło zdrowy dystans do siebie, a zaczęło stawać się auto-atakiem, auto-hejtem i blokowaniem własnych możliwości w ten sposób.
Bo chuj z tym, że chodzę na wykłady o promowaniu się w social media, chuj, że się rozwijam, że każdego dnia staram się czegoś nowego dowiedzieć i nauczyć.
Chuj z moją dobrą pamięcią do dat, detali i pomysłem na siebie.
Znam zasady, oraz mam możliwości (czyt. znajomości) by przygotować zajebisty materiał
 (yup, z moją mordą mimo wszystko się da cokolwiek...o, hejt) ale co z tego, gdy brak mi akceptacji siebie.Wydaje mi się, że tak nie jest, że jestem z sobą pogodzona i trzymamy sztamę.
A tu gówno prawda.Bo gdyby tak było-prowadziłabym swoje strony tak, jak należy, nie wylewałabym morza łez porównując się do innych, nie miotałabym się między tym co chcę, tym co jest na topie, a tym czego się nie wstydzę-gdzie zawsze, z a w s z e wygrywa ta trzecia opcja, tylko nakurwiałabym do przodu z wypchniętym tyłkiem, cyckami, wciągniętym bęcem i perfekcyjnym uśmiechem na japie mając centralnie w tyłku co, kto, kiedy, z kim, a czemu właśnie do mnie się dowalił.
A może i nie? Może nawet doszłabym do takiej harmonii ze sobą, że albo ruszam dupę, ćwiczę i nie muszę niczego wypinać czy wciągać, albo zwyczajnie-kocham swój flak zamiast dupy, swój piąty miesiąc pozamacicznej ciąży w oponce i nie wstydzę się tego pokazywać.
Gdybym biegała tak szybko i dokładnie, jak myśli w mojej pustej głowie, to byłabym dawno drugą Chodakowską i miałabym w nosie takie problemy.
Tymczasem jem chipsy.
Nie fit, nie eko, nawet nie wegańskie, bo olej nie ten.
Nie modne.
Fuj.

Idę po energetyka.Mojito.I już luj z tym, że nie będę mogła spać do siódmej rano.

Zdjęcia telefonowe-Nikon poszedł do Luka do poniedziałku. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

***Dziękuję za odwiedziny,mam nadzieję,że jeszcze tu zajrzysz! ;)
Chcesz,abym napisała post o czymś,co Cie interesuje-daj znać!***

Weryfikacja obrazkowa wyłączona.
Komentujesz=motywujesz