czwartek, 22 grudnia 2016

Things We Lost In The Fire


Post bez tytułu, post bez tytułu, post bez tytułu.
Linki do piosenek, smęty, odgrzewane kotlety.
Wypaliłam się.

Hehe, wcale nie.

Głupio jest czekać na coś, co pozwoli Ci działać.
Czekasz na swój określony wygląd, stan rzeczy i wtedy dopiero pozwolisz sobie spełnić coś, co bardzo chcesz.
Wynika to z braku akceptacji, z poczucia, że to jaki jestem teraz nie jest warte uwagi i spełniania marzeń.
Trochę to bez sensu, choć sama w takim poczuciu trwam od dawna.
Jak nie włosy, to waga, jak nie waga, to zęby, a jak nie mam się czego czepić, to zawsze znajdę brak jakiejś rzeczy, czy to dziaby, czy to sprzętu, czy  może jakiejś części garderoby.
Jak tylko X, to biorę się za plany, jak tylko Y to spełnię cele, jak tylko...ups, koniec życia.


Nie umiem w profesjonalizm, a może nawet bym czasem chciała, ale z doświadczenia wiem, że kiedy wpadam w wir swoich faz, przemyśleń, rozkmin, wahań, często i marudzenia na samą siebie to zyskuję najcenniejsze osoby, przyciągam tych kilku czytelników, którzy są w stanie się ze mną utożsamić.(Przesyłam wyrazy współczucia)
Nie umiem być inspiracją, być idolką nastolatek, w sumie na to drugie jestem o kilka lat za stara.
Albo znowu-wmawiam sobie.

Chociaż idą Święta (moje ukochane tak btw) to nie umiem być wdzięczna, rumiana, urocza, a moje serce nie przepełnia radość i miłość, tylko zawiść i frustracja.

Po Nowym Roku biorę się wreszcie za pisanie książki, czyli za spełnienie swojego marzenia.
Podobno umiem pisać.
Ale jestem niepewna siebie, leniwa i wciąż wystraszona.
Piszę do szuflady, mam masę notatek, pseudo wiersze, pseudo poezję, gromadzę to od kilku  lat, i co z tego.

Od chyba dwóch czy trzech lat wciskam sobie, że będę wrzucać super-profeszynal-dopieszczone foteczki swoich super-mainstreamowych-stylóweczek, ale nie umiem w mainstream, nie umiem w modę, nie umiem w powagę ale umiem w lanie wody i pisanie takich gówien jak te powyżej.

Jestem niecierpliwa, nie lubię czekać na decyzje, na rzeczy, na zmiany.
Dlatego później kończę w takiej kropce jak teraz, gdzie do wyboru mam:
zgrywanie perfekcyjnej pani domu, albo całkowitą samotność,
ćwiczenie godzinę dziennie, albo bycie grubasem,
zupełną rezygnację z nałogu, lub zupełny brak włosów,
dopieszczenie swoich pomysłów, lub całkowite ich porzucenie.
Skrajność, lub skrajność.
Jak ja tego nienawidzę.


Im więcej słów mi się ciśnie, im bardziej ktoś mnie wkurwia, bo już nie nazwę tego zwykłą irytacją, tym bardziej sama sobie zakładam blokadę na swoje zdanie i jedyne co, to nadstawiam drugi policzek, odpowiadam beznamiętne "no spoko" i idę dalej.
A to się nawarstwia i nawarstwia i zamiast się z tego oczyścić idę dalej z coraz większym kamieniem na sercu.
Aż w końcu to wszystko szlag trafi, pójdę w swoją stronę i zostawię wszystko za sobą nie patrząc na własne uczucia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

***Dziękuję za odwiedziny,mam nadzieję,że jeszcze tu zajrzysz! ;)
Chcesz,abym napisała post o czymś,co Cie interesuje-daj znać!***

Weryfikacja obrazkowa wyłączona.
Komentujesz=motywujesz